Termin zgrabnie nazwany „domem mocy” przez Josepha Pilatesa jest swego rodzaju świętym graalem pilatesu klasycznego.
Często czytamy o wzmacnianiu powerhouse czy inicjowaniu ruchu z powerhouse. Ale co to właściwie oznacza?
Najprostsza i najbardziej zrozumiała definicja jest taka, że powerhouse to po prostu mięśnie core, czyli mięśnie tzw. środka. Zaliczamy do nich mięśnie głębokie i posturalne, które są odpowiedzialne za stabilizację kręgosłupa i tułowia. Jakie konkretnie? To już trochę zależy od szkoły, ale najczęściej wymienia się mięśnie dna miednicy, poprzeczny i skośne mięśnie brzucha, przeponę, mięsień wielodzielny, pośladki.
Ta uproszczona definicja nie oddaje jednak w pełni prawdy. Bo pilatesowy powerhouse to bardziej koncept pracy ciała, który wykracza poza stabilizację centralną czy konkretną listę mięśni.
A na czym ten koncept polega?
Na połączeniu mięśni w ruchu. Z sobą nawzajem i resztą ciała. Bo ono nie działa w izolacji. Pomimo tego, że często tak właśnie trenujemy (szczególnie na siłowni), to potem w życiu- gdy biegasz, jeździsz na rowerze, wspinasz się po górach czy pływasz okazuje się, że nie da się zrobić tego wyłącznie jednym fragmentem ciała. Każdy mięsień jest połączony z kolejnym i kolejnym. Żaden mięsień nie wykona pracy sam – potrzebuje wsparcia innych. Naturalne ruchy człowieka są wielostawowe i angażują całe łańcuchy mięśniowo- powięziowe.
Centrum miasta = centrum ciała
Wyobraź sobie centrum dużego miasta. Nieustanny ruch, tętniące życiem szerokie ulice, odgłosy tramwajów, trąbiących na siebie kierowców…. Czym dalej od centrum, tym spokojniej, a drogi szybkiego ruchu zamieniają się w małe ulice podmiejskiego obszaru. Ale połączenie między nimi istnieje, prawda? To wciąż ta sama linia palcem po mapie. Tak, trasa może nie jest już tak często i gęsto uczęszczana przez kierowców, ruch jest zdecydowanie mniejszy, wolniejszy, przejechałeś kilka czy kilkanaście skrzyżowań, ale w gruncie rzeczy czasem przecież jedziesz wciąż tą samą jedną ulicą…
Tak samo funkcjonuje ciało. Centrum miasta to mięśnie naszego środka. Najintensywniej pracują, ruszają się cały czas. Ale nie obejdą się bez dróg dojazdowych, które do nich prowadzą. Razem tworzą jedną aglomerację, która umożliwia płynną i sprawną komunikację jego mieszkańcom.
Oczywiście możesz robić izolowane „brzuszki” czy wzmacniać mięśnie dna miednicy, ale nic to nie da, jeśli te mięśnie nie będą automatycznie angażowały do pracy swoich „współtowarzyszy”, którzy powinni brać udział w danym łańcuchu ruchowym i „grać do wspólnej bramki”. I tak jak ulica Puławska w Warszawie zaczyna się w centrum, a kończy w podwarszawskim Piasecznie, tak twoje mięśnie dna miednicy zaczynają się….na podeszwie stopy (i często tak jest, że zaburzony łuk stopy odzwierciedla zaburzenia w pracy tych mięśni), a kończą na języku.
I dlatego pilates klasyczny jest taki trudny. Kto ćwiczy ten wie, ile elementów trzeba skoordynować naraz. Myśleć o pracy brzucha, pośladków, łopatek….i jeszcze oddychać:-). Możesz mi wierzyć – to wszystko ma swój nadrzędny cel. Dzięki połączeniu mięśni w jeden „team” :
- praca ciała staje się najbardziej optymalna, czyli oszczędzamy energię, za to maksymalizujemy efekty
- nie dochodzi do kontuzji i przeciążeń jednego mięśnia czy grupy mięśniowej, bo wysiłek jest równomiernie rozłożony
- uczymy ciało automatyzacji, tak, by działało na co dzień w sposób, do którego zostało stworzone
A zatem czy można powiedzieć, że powerhouse to samo co mięśnie core? Mam nadzieję, że wiesz już, że nie. Bo powerhouse to całe twoje ciało. Pod warunkiem, że jest odpowiednio „zorganizowane”, połączone ze sobą i ma kontrolę nad ruchem, które wykonuje.
Chcesz się przekonać, o czym mówię? Zapisz się na sesję indywidualną pilatesu klasycznego i sprawdź, czy twój core działa😊.






